sobota, 22 września 2012

Viviene Winslet - Rozdział drugi

Po wczorajszym wieczorze, kiedy to zaczęłam płakać pierwszy raz od pięciu lat, dotarło do mnie, jak bardzo tęsknię za swoją rodziną.
Zdałam sobie sprawę z tego, że moje życie jest bez nich… puste. Prawie nic nie warte. Jedyne, co mnie trzymało tu, na tym świecie, to Margaret. Dzięki niej cokolwiek miało sens. Gdybym ją straciła, nie pozostałoby mi nic.
Wiedziona nagłym impulsem, zerwałam się z łóżka i skierowałam w stronę szafy. Wyciągnęłam z niej czarne rurki i flanelową koszulę w kratę. Szybko to na siebie zarzuciłam. Z szuflady w komodzie wygrzebałam pierwszą lepszą parę skarpetek, a spod łóżka wyjęłam buty od stroju bojowego.
Uwielbiałam je.
Czarne, z płaską podeszwą, sięgające kolan. Do tego ciągnące się od góry do dołu klamry.
Założyłam je pospiesznie, po czym w biegu ściągnęłam z oparcia krzesła swoją skórzaną kurtkę i ruszyłam w stronę wyjścia. Nim opuściłam mieszkanie, napisałam na małej kartce „Nie gotuj dla mnie obiadu, nie wiem, kiedy wrócę.”, przykleiłam ją do lodówki i zabrałam z blatu kluczyki do motoru. Dopiero wtedy mogłam spokojnie wyjść.
Deszcz lał się z nieba strugami, momentalnie dobierając się do moich włosów. Zaklęłam pod nosem i stawiając kołnierz kurtki, pobiegłam do garażu. Jakie było moje zaskoczenie, gdy nie zobaczyłam w środku swojego ukochanego BMW S1000RR.
 - Kurwa! – zaklęłam, waląc się otwartą dłonią w czoło. Kompletnie zapomniałam, że motor został zniszczony wczorajszego wieczoru.
Z ponurą miną rzuciłam w kąt, jak się okazało, zapasowe kluczyki do motoru i z ponurą miną ruszyłam przed siebie na piechotę.

                                                        ***

Ze wzrokiem wbitym w ziemię, przemierzałam kolejne ulice.
Deszcz padał nieustannie i wdzierał się pod kolejne warstwy ubrania.
Włosy zwisały wokół mojej twarzy w ciężkich i mokrych strąkach, a przy każdym kroku w moje uszy wwiercał się nieprzyjemny plusk rozchlapywanej wody.
Na chodnikach było pusto. Brzydka pogoda skutecznie odstraszała ludzi. Nawet samochodów było mniej.
Musiałam dziwnie wyglądać, wlokąc się tak bez kaptura czy parasolki. Samotna, z ponurą miną. Do tego zapłakana. Choć nawet, jak ktoś wyglądał przez któreś z okien, nie widział moich łez. Deszcz świetnie to ukrył.
Szybko przebiegłam przez ulicę, nim światło zmieniło się na czerwone i skręciłam w jedną z wąskich uliczek między budynkami.
Po pięciu minutach dotarłam do celu.
Stanęłam przed bramą cmentarza.
Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam skrzypiącą furtkę. Nie zamykałam jej za sobą.
Mijałam kolejne nagrobki. Od tych najstarszych, zniszczonych przez czas i żywioły, po te najnowsze.
Tyle martwych osób. Każda z jakąś przeszłością, dobrą lub złą. Z tęskniącą rodziną lub bez niej… a także niewypowiedzianymi słowami pożegnania zamarłymi na ustach.
Każda kolejna sekunda spędzona w tym miejscu obciążała moje barki smutkiem, świadomością tego, jak kruche jest życie, oraz żalem tych, którym je odebrano. 

Wcisnęłam ręce głęboko w kieszenie i skręciłam w jedną z alejek. Mijając kolejne groby, odwracałam od nich wzrok. Nie mogłam patrzeć na to, jak niektórzy z nich byli młodzi.
Choć Nocni Łowcy od małego byli uczeni godzenia się ze śmiercią, ja tego nie umiałam. Nie potrafiłam przejść nad czyjąś śmiercią do porządku dziennego. Bez względu na to, jak bardzo znałam tą osobę, cierpienie wdzierało się do mojego umysłu i trudno było mi nad nim zapanować.
Zatrzymałam się raptownie i stanęłam przodem do grobów.

Nicholas Vinslet
Corneille Vinslet
Alain Vinslet 


Gdy ujrzałam te imiona na nagrobkach, zakręciło mi się w głowie… Tak dawno tu nie byłam. Jakieś… dwa lata. Pomimo tego groby były czyste i zadbane, a trawa wokół nich idealnie przycięta.
Przy najbliższej okazji powinnam podziękować nadzorcy cmentarza za to jak dba o nieodwiedzane nagrobki.
Deszcz powoli ustępował… A ja nadal stałam w tym samym miejscu. Po moich policzkach wciąż płynęły łzy.
- Przepraszam… - wyszeptałam, a nogi odmówiły mi posłuszeństwa i ugięły się pode mną.
Upadłam na mokrą trawę, a moim ciałem wstrząsnął szloch.
Dlaczego ich straciłam? Tak bardzo się kochaliśmy, tak dobrze nam było ze sobą.
Tyle wspomnień...

Rodzice poznali się w czasie walki.
Działo się to we Francji, skąd pochodziła moja mama. Tata zgłosił się na ochotnika, by na jakiś czas przenieść się do Paryskiego Instytutu, by zastąpić jednego z nieobecnych Nocnych Łowców.
Pochodził z bardzo zamożnej rodziny, więc mógł sobie pozwolić na takie wyjazdy.
Oboje mieli wtedy po osiemnaście lat.
Do Instytutu przyszło wezwanie do walki. W okolicach Luwru zaatakował demon. Tata od razu stawił się w gotowości.
Gdy dotarł na miejsce, z demonem już ktoś walczył.
Okazało się, że była to moja mama.
Tata mówił mi, że w czasie walki wyglądała jak Anioł Zemsty. Czerń jej stroju bojowego i długie, falowane blond włosy tworzyły niesamowity kontrast, a to nadawało jej osobie niepowtarzalności.
Po tym, jak w końcu się opanował, ruszył jej z pomocą. Okazało się, że bardzo tego potrzebowała.
Demon z którym walczyła nie był zwykłym, podrzędnym demonem – był to Wielki Demon, Bazyliszek.
Mama była ciężko ranna, a to sprawiało jej problemy w walce, lecz nie poddawała się i zadawała kolejne ciosy.
Nie dopytywałam się o to, jak pokonali potwora, bo nie byłam zainteresowana. Bardziej obchodziło mnie to, jak potoczyły się losy rodziców.
Po tym, jak walka się skończyła, mama zemdlała. Tata zareagował bardzo szybko, złapał ją i popędził do Instytutu najszybciej, jak potrafił.
W czasie, kiedy była nieprzytomna, zaglądał do niej często i podziwiał ją, jej urodę. Powiedział mi, że właśnie wtedy, gdy była leczona z jadu Bazyliszka, zakochał się w niej.
Starał się dowiedzieć, kim jest, jak się nazywa, ale w Instytucie nikt nie chciał mu tego powiedzieć. Od początku odnosili się niechętnie na każdą wzmiankę o niej.
Prawie dwa tygodnie po walce odzyskała przytomność. Akurat był u niej tata.
Gdy otworzyła oczy, tata zauważył w nich zaniepokojenie i zdziwienie.
Zerwała się z łózka, ale tata z powrotem ją na nie przewrócił. Zaczęła się szarpać. Powiedziała mu wtedy, że ma ją puścić i posłała mu niezłą wiązankę, jak to ujął w czasie opowiadania mi tego. Zatkał jej usta ręką. Wychowany był w bardzo szanowanej i bogatej rodzinie, z zasadami rodem ze średniowiecza… Trzymali go tam jak na smyczy, dlatego też nie był przyzwyczajony do tego, że kobieta wyraża się w ten sposób.
Kiedy udzielał jej reprymendy swoim „snobistycznym, kretyńskim tonem” jak określiła to mama, jednym celnym kopniakiem w krocze powaliła go na ziemię.
Pospiesznie wstała i zaczęła zasypywać go pytaniami o to, dlaczego tu jest, dlaczego i jak długo.
Przez jakiś czas rozmawiali i tata wszystko jej tłumaczył. Przyjęła to spokojnie.
Gdy już skończył się temat walki i przebiegu jej leczenia, przedstawili się sobie. Tata był nią zachwycony, a mama… cóż, nie przepadała za nim.
Choć czuła do niego niechęć, opowiedziała mu o tym, że jest wolnym strzelcem i nie współpracuje z Clave. Uważała, że ich zasady są głupie i bezsensowne. Dlatego też działała w pojedynkę.
To był właśnie powód, dla którego Nefilim odnosili się do niej z taką niechęcią. On tego nie rozumiał.
Kilka dni później opuściła Instytut i wróciła do swojego mieszkania, ale tata nie odpuszczał i nachodził ją. Mama miała go dosyć, ale z upływem czasu widywała się z nim z coraz większą radością.
Przez pół roku dojrzewała do uczucia, którym siebie obdarzyli. Wtedy właśnie tata jej się oświadczył i zaproponował jej wyprowadzkę do Los Angeles, gdzie mieszkał.
Zgodziła się, bo nic nie trzymało jej w Paryżu. Nie miała ani rodziny, ani przyjaciół.
Kiedy tata przedstawił ją swojej rodzinie, widział ich niechęć do niej. Od zawsze chcieli znaleźć dla niego kobietę z bardzo bogatej rodziny. On jednak postawił na swoim i związał się z mamą.
Niedługo potem wzięli ślub.
Potem pojawił się mój brat, Alain.
Pięć lat później ja.
Dorastaliśmy otoczeni miłością i szczęściem. By nas wychować, mama zrezygnowała z bycia Nocnym Łowcą, jednak zachowała Znaki. Prawo pozwalało na to, ale ona i tak się nim nie kierowała. To była jej decyzja i żadne zasady narzucane przez innych by tego nie zmieniły.
Tata również ograniczył walki do minimum, a przez to jego rodzice odsunęli się od niego. On to jednak ignorował. W jego życiu liczyliśmy się tylko my: ja, Alain i mama.
Jedno z najlepszych wspomnień, jakie zachowałam to moje piąte urodziny. Nie wiem, jakim cudem zachowałam w głowie tak szczegółowo dzień z wczesnego dzieciństwa… Ale najważniejsze jest to, że zapamiętałam.
Były to moje piąte urodziny, o których Alain zapomniał. Do tej pory uśmiecham się, gdy przypomnę sobie, jak się wtedy na niego złościłam… Dopóki się nie zrekompensował i nie dał mi prezentu.
Była to srebrna zawieszka – delfinek. Jako dziecko uwielbiałam te zwierzęta. Gdy tylko go ujrzałam, poprosiłam mamę o jakiś łańcuszek.
Dostałam go.
I od dnia, gdy zawisł na mojej szyi, ani razu go nie zdjęłam.
W wieku ośmiu lat dowiedziałam się o Świecie Cieni i o tym, kim jestem.
Miałam do wyboru: podjąć się szkolenia i zostać w przyszłości Nocną Łowczynią, lub żyć jako Przyziemna.
Zdecydowałam się na treningi z dwóch powodów – pierwszym z nich była czysta ciekawość. Drugim to, że od kilku lat uczył się też mój brat.
Jako starszy z rodzeństwa, Alain dawał mi świetny przykład. Naprawdę się starał, a nawet pomagał mi w czasie treningów. Choć miał trzynaście lat, naprawdę dobrze walczył. Za to pokochałam go jeszcze bardziej.
Kolejne lata mijały mi na treningach i nauce demonologii, zielarstwa oraz run.
W międzyczasie rodzice pokazywali mi i Alainowi, jak żyć w świecie Przyziemnych. Nie chcieli, byśmy byli jak niektórzy Nefilim – zacofani i zamknięci w kręgu ludzi naszej rasy.
W wieku dwunastu lat wyjechałam na obóz. Pierwszy raz miałam rozstać się z rodzicami na ponad dwa tygodnia. To było dla mnie wyzwanie, ale czułam się gotowa. Przyszedł czas, bym się usamodzielniła.
W tym czasie rodzice i Alain mieli popłynąć gdzieś na jachcie.
Dzień mojego wyjazdu jednocześnie stał się dniem naszego pożegnania.
Nigdy więcej ich nie zobaczyłam.
Jacht zatonął.
Razem z nimi.

Deszcz przestał padać, a ja klęczałam, na ziemi, obejmując się ramionami.
 - Przepraszam, przepraszam… - z moich ust wciąż padało to samo słowo.

Rodzice taty ściągnęli mnie z powrotem do Los Angeles na pogrzeb.
Ciał mamy, taty i Alaina nie znaleziono. Tuż przed pogrzebem ktoś odnalazł deklarację mojego ojca, że chce, by pochowano go jak Przyziemnego. Tak więc zrobiono… A w grobach obok niego spoczęli mama i mój brat.
Po wszystkim dziadkowie spakowali moje rzeczy i zabrali do siebie.
Miałam z nimi zamieszkać.
Były to najgorsze trzy lata w moim życiu.
Każdego dnia wysłuchiwałam tego, jak nienawidzili mojej matki… Za to, że odebrała im syna i za to, jaka była. Na każdym kroku porównywali mnie z nią i do tego mieszali nas obie z błotem. Twierdzili, że odziedziczyłam po niej niewyparzoną gębę, wulgarność i prostactwo.
Nienawidziłam ich za to.
Zdarzało się nawet, że mnie bili… I nie były to delikatne klapsy. Często pojawiały się siniaki.
Pomiatali mną jak śmieciem i poniżali mnie.
W końcu powiedziałam: dość.
W dniu moich piętnastych urodzin uciekłam od nich. Nie zostawiłam żadnej wiadomości, choćby najmniejszej karteczki. Mało prawdopodobne było to, by się przejęli, że odeszłam.
W ten sposób trafiłam do Nowego Yorku. Potem odnalazłam Instytut, gdzie poprosiłam o schronienie. Przyjęli mnie tam z otwartymi ramionami.
Przeszłam dalsze szkolenie. Zaczęłam wykonywać zlecenia na demony, poznałam Margaret. Potem wprowadziłam się do mieszkania, które, jak się okazało, ojciec miał wykupione w Nowym Yorku „na wszelki wypadek”.
Zaczęłam nowe życie.

- Przepraszam, czy coś pani dolega? – uniosłam wzrok, wyrwana z zamyślenia.
Nade mną stał wysoki mężczyzna. Około trzydziestki. Blond włosy, niebieskie oczy.
Miał na sobie czarne jeansy, pantofle, dość nieodpowiednie na taką pogodę, szary sweter i elegancką, skórzaną kurtkę.
Wydawał mi się znajomy.
Na jego dłoni dojrzałam znak.
Nocny Łowca.
Zerwałam się na równe nogi i otarłam oczy wierzchem dłoni.
- Jasne, nic mi nie jest. – zmarszczyłam brwi, a palcami jednej ręki bawiłam się srebrnym delfinkiem.
 - Przecież widzę, że coś jest nie tak… Płakała… - zauważył, czym się bawię i zamarł w bezruchu, z wytrzeszczonymi oczami. - … łaś.
Spojrzałam mu uważnie w oczy. Ujrzałam w nich nieme pytanie, tęsknotę, niepewność.
Powoli wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Viviene… - wyszeptał.
Już wiedziałam, kim jest.


Klaudia_W

piątek, 21 września 2012

Emily Rout - Rozdział drugi



          Spojrzałam na swoje paznokcie w krwistoczerwonym kolorze, które malowałam dzisiaj pospiesznie rano. Magicznie sprawiłam, że lakier wyschnął od razu po nałożeniu na paznokcie - życie bez magi musi być trudne. Jedną dłonią stukałam o drewniany stolik, a w drugiej trzymałam białą filiżankę z gorącą kawą.
         Pogoda za oknem była tak parszywa, że miałam ochotę zaszyć się w kawiarence i siedzieć w niej wieczność. Pomieszczenie było małe i wprawiało mnie w lekką klaustrofobie, ale na szczęście jedna ściana była jednym wielkim oknem, które wychodziło na tłoczną, ponurą ulicę. Stolik, przy którym siedziałam na miękkim fotelu, znajdował się tuż przy oknie. Czerwono - kremowy kolor ścian i jasne podłogi w jakiś sposób poprawiały mi humor. Nie były szare i nudne jak wszystko na zewnątrz.
        Spojrzałam na duży budynek naprzeciwko. Wielkie, szklane drzwi otworzyły się i zobaczyłam z daleka przystojnego chłopaka o hiszpańskiej urodzie, który wychodził na zewnątrz. Miał ciemne włosy i oczy - wiek... Około 25 lat. W drodze stanęła mu na przejściu młoda dziewczyna, o blond lokach, o których zawsze marzyłam. Uśmiechnęła się i zaczęli rozmawiać.
         Podeszli do czarnego samochodu, a ja w kościach czułam, że coś się szykuje. Skądś kojarzyłam tą dziewczynę, tak samo jak chłopaka, który podbiegł do samochodu i wsiadł do niego. Chłopak o hiszpańskiej urodzie zaczął rozglądać się zdezorientowany, i wykrzykiwać coś. Dostał w głowę czymś, czego zidentyfikować z daleka nie mogłam i stracił przytomność.
         Zaśmiałam się pod nosem. To Sylvia Velan! I jej chłopak, demon, którego imienia nie pamiętam. Niezła z nich parka, mają większy ubaw przy zabijaniu niż ja. Zresztą takie chodzą o nich ,pogłoski'.
- Witaj, siostrzyczko - usłyszałam głos tuż przy uchu.
          Spojrzałam na Will'a, w którego brązowych włosach było zaplątanych kilka małych liści. Zdjął z siebie czarny płaszcz, który zawiesił na fotelu, na który opadł. Na pierwszy rzut oka było widać, że był zmęczony.
- Znowu szlajałeś się z jakąś faerie? - Spojrzałam na niego sceptycznie.
         Will spojrzał na mnie unosząc jedną brew. Jego czarne źrenice - takie jak moje - były jedyną oznaką tego, że mamy w sobie krew demona. Było to niewiele, w porównaniu do innych czarowników, którzy mieli rogi, kopyta zamiast stóp, błonę między palcami, nogi pokryte łuskami, pazury zamiast paznokci, czy też co było najgorsze - zniekształcone twarze. Znałam kiedyś czarownika, którego połowa twarzy była normalna, druga natomiast była owłosiona, czerwone oko było nienaturalnie wielkie, a na czole był duży czarny róg.
         Wzdrygnęłam się.
- Z faerie? - Spojrzał na mnie z politowaniem i uśmiechnął się krzywo. - Odkąd jedna z nich chciała mnie utopić w stawie postanowiłem je unikać. - Zerknął na kubek w mojej dłoni i jednym, zręcznym ruchem wyciągnął mi go z ręki i wypił spory łyk kawy. - Z Nocną Łowczynią.
- Z Nocną Łowczynią? - mruknęłam, patrząc na niego ze zdziwieniem. Skoro to ktoś tak zły jak Sylvia Velan - może być. - Gdzie wy byliście? Dlaczego masz liście we włosach?
- Nie bądź taka ciekawska, Em. - powiedział Will i złapał za swój płaszcz, z którego kieszeni wyciągnął mały flakonik z przezroczystą zawartością. Przywiązana była do niego mała czarna koperta z białym napisem E.R.
          Flakonik postawił przede mną. - Znalazłem to dzisiaj na wycieraczce. Postanowiłem, że zanim ci to dam upewnię się co to jest. Jest nieszkodliwe, więc daje ci to. Zauważyłem, że umiera coraz więcej Podziemnych. Mają ślady ugryzienia, a ich krew jest prawie cała wyssana. Co się stało, że wampiry nagle rzucają się na wszystkich? Chcą wojny? To głupie, bo nie mają szans przeciwko innym, zjednoczonym rasom. - powiedział chaotycznie, patrząc na widok za oknem.
- Dlatego też bałeś się, że flakonik mnie zabije? - Zaśmiałam się. - Że wybuchnie po otworzeniu? - Złapałam za ów rzecz i otworzyłam kopertę. Wyciągnęłam z niej małą, białą kartkę. Nic na niej nie było. Zmarszczyłam brwi.
- Jej zawartość mogła na przykład zapachem sprawić, że straciłabyś przytomność, co w naszym przypadku jest trudne. - powiedział Will i pochylił się w moją stronę, jakby dopiero teraz zauważył, że niedaleko nas siedzi para ludzi, których nasza rozmowa... Mogłaby trochę zdziwić.
          Złapał za flakonik i otworzył go. Patrzyłam zdziwiona, jak  kroplę jego zawartości wylewa na biały papier. Zaczęły pojawiać się na nim czerwone litery.
Proszę o spotkanie, jutro o północy przyślę po panią mojego przyjaciela.
A.K.
- Mogę iść z tobą. - powiedział Will.
          Pokręciłam głową. - Dam sobie radę. Kimkolwiek ta osoba jest.

***

          Spojrzałam na gazetę ,Paranormalny Tydzień'' leżącą na blacie w kuchni, którą jeszcze przed chwilą czytał Will. Rzuciło i się w oczy kilka słów: morderstwo, wampiry, zamieszanie, niewiadoma.
- Piszą o Andrew Boune. - powiedział Will, patrząc na mnie kątem oka.
          Nie miał na sobie góry od piżamy, przez co widziałam blizny na jego plecach - trzy grube szramy, które przebiegały wzdłuż jego pleców.
          Pamiętam noc, kiedy miałam za zadanie zabić jakiegoś parszywego wilkołaka. Śledziłam go, a gdy nadarzyła się okazja, a ulica była pusta, zezłoszczona tym, że tracę przez niego czas, zafundowałam mu na tyle silne zetknięcie z piorunami z moich palców, że jego skóra pociemniała, gdy jego trup upadł na chodnik.
          Zadowolona zaczęłam wracać do domu, gdy poczułam ostry ból pleców. Oszołomiona dotknęłam miejsca bólu, ale nie miałam tam żadnych ran. Oparłam się bokiem o najbliższy budynek i ześlizgując się z niego upadłam na chodnik. Byłam wtedy początkową czarownicą, miałam zaledwie 35 lat. Nie wiedziałam co się ze mną dzieję, nigdy nie słyszałam o bólu... znikąd.
        Usłyszałam krzyk Willa w swoich myślach. I moje imię wypowiadane przez niego. Zobaczyłam portal przed sobą, a za nim brata leżącego na ziemi. Ledwie wstając przeszłam przez niego. Kiedy to zrobiłam od razu zaczęłam się rozglądać za napastnikiem, który pazurami rozszarpał koszulę Willa, która była mokra od krwi. Nie znalazłam nikogo.
         Stworzyłam portal do domu i zaciągnęłam do niego Willa, który wciąż powtarzał, że uratował go pół człowiek-pół demon. Ten sam, który pomógł nam w dniu mojego ślubu. Dwa dni robiłam wszystko, by utrzymać przy życiu Willa. Demon, który go zaatakował, miał w pazurach, niczym wąż, jad, który zabijał powoli ofiarę. Jedynym ratunkiem było znalezienie go i zrobienie antidotum na jego jad. Nie było go w skórze Willa, bo zrobił co miał zrobić i wyparował.
          Wtedy pierwszy raz wywoływałam demony, szukając napastnika. Jakie było moje zdziwienie, gdy znalazłam na wycieraczce mały flakonik z jadem demona. Leczenie trwało od tamtej chwili krótko, ale mimo to szpecące blizny zostały.
          Wkrótce po tym zdarzeniu dowiedziałam się, że ja i Will - co było niezwykłe - mieliśmy tego samego ojca. Przez to też byliśmy związani ze sobą jak bliźnięta. Czuliśmy to samo, wiedzieliśmy gdzie jest drugi z nas, a tym samym nasza moc była identyczna. Do dziś zastanawiamy się kim jest ten pół człowiek-pół demon. Naszym ojcem?
          Dostając wczoraj od Willa flakonik z listem wiedziałam od kogo jest. Był identyczny jak tamten, z taką samą kopertą, o tym samym charakterze pisma. Will nie wiedział o tym, że ktoś podrzucił nam wtedy antidotum - wiedziałam, że nie odpuściłby i szukał ów osoby. A po co była nam ta wiedza? To chyba lepiej, że ktoś nas chronił tak po prostu.
         Teraz byłam pewna, że to z ów osobą spotkam się dzisiaj w nocy.
- W ogóle słuchałaś co do ciebie mówiłem? - spytał oburzony Will, kiedy spojrzałam na niego nieprzytomnie. - Andrew - tak jak i inne ofiary - miał ślady po ugryzieniu wampira i niewielką ilość krwi w żyłach. O ile dobrze pamiętam, mówiłaś, że był nietknięty.
- Bo był. - Zmarszczyłam brwi. - Chyba, że...
- Ktoś zabił go, a później - po tym jak zniknęłaś - wrócił i zatuszował to magią, chcąc zrzucić winę na wampiry.
         Pokiwałam przytakująco głową. Jak zawsze nasz tok myślenia był ten sam.
- Ale to nie nasza sprawa. Przynajmniej ktoś wyręczył mnie z pracy. - Uśmiechnęłam się.
         Przypomniałam sobie blask blond włosów w loży i wzdrygnęłam się.
        To nie może być James.

***

          O równej dwudziestej usłyszałam pukanie do pokoju. Mimo, że mieszkałam z bratem od zawsze, zawsze staraliśmy się szanować swoją prywatność.
- Wejdź. - powiedziałam, patrząc sceptycznie na czarną, obcisłą sukienkę, którą trzymałam w rękach.
          Cholera, w co ja mam się ubrać na to spotkanie?
- Mała przesyłka do ciebie. - W głosie Willa usłyszałam nutkę zdziwienia. Spojrzałam na niego. W rękach trzymał duże białe pudło, którego wieczko było lekko odchylone. Podeszłam do niego i wzięłam je od niego.
        Położyłam pudełko na łóżku przykrytym czarną narzutą i otwierając je zobaczyłam w środku czarną maskę i suknię. Złapałam za nią i podeszłam z nią do ogromnego lustra na ścianie. Już na oko widziałam, że będzie idealnie na mnie pasować. Niebieska, sięgająca do ziemi, bez ramiączek, z czarnymi koronkowymi dodatkami. Chwilę później znalazłam jeszcze w pudełku czarne aksamitne rękawiczki za łokcie.
- Już nie musisz się przejmować w co się ubrać.
- Szkoda, że nie dali mi butów. - mruknęłam.

***

          Równo o północy usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Spojrzałam ostatni raz na siebie w lustrze, poprawiając spięte włosy i biorąc torebkę, ruszyłam do drzwi. Znalazłam za nimi młodego... chłopaka - którego oczy były zamglone i dziwnie puste. Był pod czyjąś kontrolą. Ale nie wyglądał na kogoś w niewoli - miał na sobie garnitur, schludnie przystrzyżone włosy i olśniewające białe zęby - którymi teraz szczerzył się sztucznie do mnie.
         Ukłonił się, jakby pomyliły mu się epoki i wystawił w moją stronę ramie. Szliśmy tak, ja trzymając go za przedramię dotąd, aż otworzył mi drzwi do białego mercedesa. Gdy wsiadłam zobaczyłam koło siebie, na siedzeniu, bukiet niebieskich róż, których od razu postanowiłam ,unikać'. W świecie magi lepiej nie dotykać tego, czego się nie zna lub tego, co należy do innych, lub dostaje się od innych - a którym się nie ufa. Lub nie zna.
          Ruszyliśmy, a mimo, że starałam się zapamiętać drogę, nie wyszło mi to. Od razu zrozumiałam, że chłopak jedzie tak, by mnie zmylić, żebym nie trafiła w ów miejsce sama.
        Niektórzy mogliby powiedzieć, że jestem naiwna - ale mimo to za bardzo zżerała mnie ciekawość kim jest A.K. Czy jest tym pół demonem-pół człowiekiem, który uratował mnie i mojego brata?
         Wyczarowałam kulę, którą tworzyły pioruny. Przerzucałam ją jak zabawkę z jednej dłoni do drugiej, patrząc na chłopaka. - To robi się irytujące. Daleko jeszcze? - spytałam po jakiś trzydziestu minutach jazdy.
          Chłopak nie odpowiedział, wciąż wpatrując się w drogę przed nami bez ruchu. Podniosłam dłoń i już chciałam rzucić w niego kulą, gdy zatrzymał samochód.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmił, jakby nigdy nic i wyszedł.
          Otworzył mi drzwi i wystawił dłoń, za którą złapałam. Gdy wyszliśmy zauważyłam, że jesteśmy na jakimś odludziu.
         Zobaczyłam przed sobą mały domek, z którego komina buchał dym, a w jednym z pokoi świeciło się światło. Nie musiałam czekać, by ten zwykły, rodzinny dom zniknął, wraz z czarem, a na jego miejsce pojawiło się coś... znacznie okazalszego.
         Zobaczyłam wysoki, trzypiętrowy biały dom o ogromnej werandzie. Drzwi frontowe i ramy okien były złote - właściciel musiał być nieźle kasiasty. Na schodach, które prowadziły na werandę, były rozsypane płatki różnokolorowych róż. Co to za pomysł, by tak marnować kwiaty?
- Madame? - powiedział chłopak, wystawiając ramię. - Pan oczekuje na panią z niecierpliwością. Proszę założyć maskę.
          Zrobiłam to, o co poprosił mnie chłopak i złapałam go za ramię. - Ciekawe kim jest ten twój pan.

JimmyK

wtorek, 18 września 2012

Lumine Nightshade - Rozdział drugi



                Na końcu uliczki dostrzegłam zarys dwóch wysokich postaci. Cholera! Gdzie jest łuk jak go potrzebuję?-zaklęłam w myślach. Z impetem podniosłam się z brukowanej uliczki i z ogromną prędkością ruszyłam w stronę przeciwników-wielokrotnie już powtarzano mi, że w biegu wyglądam jakbym latała. Znalazłam się kilka centymetrów przed jednym z nich, jak zauważyłam - zszokowanym, półdemonem . Obaj swoim wyglądem przypominali ludzi, odróżniał ich jedynie odcień skóry i oczu. Jeden miał oliwkową skórę i oczy w kolorze intensywnej pomarańczy, a drugi  był w odcieniu przytłumionego grafitu, a jego tęczówki były czerwone jak zwietrzałe Cabernet. Byli ubrani w przewiewne granatowe płaszcze, a na głowach mieli kaptury, spod których wysypywały się lśniące czarne włosy. Byli nawet przystojni. Logan znalazł się tuż za mną, zaraz po tym jak zamachnęłam się na czerwonookiego, który spojrzał na mnie i wygiął usta w złośliwym uśmiechu, zupełnie jakby coś knuł. Mój przyjaciel zabrał się tymczasem za jego kumpla. Przeciwnik złapał moją rękę i przyciągnął mnie do siebie, wkurzona obróciłam się tyłem i uderzyłam łokciem w jego pachwinę, zwolnił uścisk, co wykorzystałam, żeby rzucić go przed siebie. Natychmiast wstał i ruszył w moim kierunku, kopnęłam go z półobrotu, ale złapał moją nogę i obrócił mną tak, że znalazłam się na ziemi. Dostrzegłam kątem oka jak Logan okłada przeciwnika i rzuca nim o ścianę. Podniosłam się i ustawiłam w pozycji bojowej, dłonie miałam otwarte. Wyprowadziłam cios całym ciałem, z prawej dłoni, złapał ją a później i drugą, którą się asekurowałam. Zablokował mnie. Schyliłam się do przodu i kopnęłam go energicznie nogą w twarz, robiąc jednocześnie przewrót, przez co wylądowałam stojąc na jego głowie. Oczywiście kopniak był na tyle solidny, że oszołomiony uwolnił moje ręce. Gdy chwilkę nad nim tak stałam, zza koszulki wysunął mi się wisiorek i zawisł nad jego twarzą. Przetarł oczy spoglądając na niego i zrobił taką minę, jakby właśnie miał się zadławić. Szybko wstał, wycofując się do tyłu i znacząco spojrzał na kumpla, który zaczął robić to samo.
– Nie tym razem – rzucił i mrugnął do mnie, po czym oboje zaczęli uciekać, co mnie trochę zaskoczyło. Nie mając dużo czasu do namysłu, wyciągnęłam rękę zatrzymując Logana, który chciał za nimi pobiec, skupiłam się i z ziemi wzdłuż całej ulicy zaczęły w bardzo szybkim tempie wyrastać pędy roślin, które goniły za przybyszami rozrzucając dookoła kostkę brukową i ziemię. W ostatniej chwili, gdy już jedna z lian prawie oplotła im nogi otworzył się portal i zniknęli w jego wnętrzu.  Dopiero po chwili zmusiłam rośliny do powrotu w głąb  ziemi. Uliczka wyglądała jak pobojowisko. Spojrzałam na Logana, który stanął przede mną.
- Jesteś ranna – powiedział wskazując na moją głowę, wtedy dopiero przypomniałam sobie o rozcięciu na czole. Sądząc po jego minie i fetorze krwi unoszącym się w powietrzu, musiałam wyglądać co najmniej jak upiór z Luwru , dlatego zdecydowałam, że wolę zobaczyć swoje odbicie dopiero w domu. Mimo to wyciągnął stelę i narysował mi Iratze na skroni.
- No pięknie, jak zostanie mi blizna, przerobię ich obu na ser szwajcarski.
***
                Weszłam do mieszkania i nie zwracając na nic uwagi skierowałam się do swojego pokoju, nie kłopotałam się nawet z włączeniem światła. Jedyną rzeczą o jakiej myślałam w tej chwili był gorący prysznic.  Zrzuciłam czarną skórzaną kurtkę i zdjęłam buty, po czym od razu udałam się do łazienki ściągając po drodze koszulkę, którą razem z resztą ciuchów wrzuciłam do kosza na bieliznę, stojącego zaraz przy drzwiach. Weszłam pod prysznic i rozkoszowałam się gorącą wodą, spływającą po całym moim ciele, wtarłam w skórę ulubiony żel pod prysznic pachnący kwiatem lotosu i piżmem, zmyłam z siebie całą krew i zaczęłam myć włosy, splątane i sztywne od zaschniętej krwi. Od razu poczułam się lepiej. Wyciągnęłam rękę i po chwili już stałam na zewnątrz kabiny owijając się błękitnym puchatym ręcznikiem. Stanęłam przed lustrem, pięknie zdobionym rzędem elfickich zawijasów, którymi nie pogardziłby nawet Tolkien. Spojrzałam na swoje odbicie. Nie licząc paskudnego podłużnego cięcia „zdobiącego” w tym momencie moje czoło, wyglądałam jak zwykle- jasna skóra, lekko mieniąca się cera i długie czarne włosy, w paru miejscach poprzeplatane ciemnofioletowymi pasmami,  spływające mi po ramionach i plecach. W tym momencie moje oczy miały odcień srebrzystego fioletu. Z półeczki koło lustra wzięłam maleńki słoiczek wypełniony świetlistą mazią, odkręciłam go i nabrałam odrobinę na palec, po czym delikatnie wsmarowałam breję w swoje czoło – może i miałam narysowany znak leczący, ale nigdy nie wiadomo co te diabelskie pomioty robiły ze swoją bronią. Na myśl o tym gdzie mogli ją trzymać prawie dostałam drgawek nerwowych. Gdy cała rana była już pokryta poczułam natychmiastową ulgę, chwyciłam ogromny płatek Lilii i starłam nim maść, jak nasączaną chusteczką.  Po rozcięciu nie było nawet śladu. Uśmiechnęłam się do siebie, po czym chwyciłam misternie wykonaną szczotkę i idąc do pokoju rozczesywałam włosy.
Mój pokój otulało kilka promieni słońca, wpadającego przez okna, ozdobione lambrekinami z delikatnego szyfonu w odcieniach błękitu, fioletu i srebra. Ściany w jasnym fioletowym kolorze iskrzyły się od delikatnych błyszczących wzorów, przypominających szron – podobnie zresztą jak reszta mebli, jakie miałam. Czasem miało się wrażenie, że weszło się do pomieszczenia, gdzie wszystko zamarzło, ale gdy tylko zaczynało się mienić wydawało się, że jest się w magicznym świecie. Uroku dodawał z pewnością żyrandol z kryształów Swarovskiego, który zwisał na środku pokoju rozszczepiając światło we wszystkich kierunkach i pojedyncze dwa plafony zawieszone na dwóch przeciwległych ścianach. Na stoliku obok łóżka stał wazon, w którym znajdowały się trzy kryształowe lilie - Luminelle, gatunek  od którego wzięło się moje imię. Były to przezroczyste w całości kwiaty, które wyglądały jakby wykonano je z delikatnego, lekko przydymionego szkła z dokładnymi detalami. Miały niezwykłą właściwość – zakończenia ich płatków i pręciki świeciły intensywnie błękitnym światłem. W podziemnym świecie były wykorzystywane jako oświetlenie - przy okazji stanowiły dość niezwykłą ozdobę.
Podeszłam do swojego łóżka i klapnęłam na koronkowej narzutce w odcieniu lodowatego błękitu. Na poduszce, zwinięty w kłębek spał Bruce Lee, mój kochany maltańczyk, którego dostałam od Logana zaraz po tym jak trafiłam do instytutu i parę osób nazywało mnie plugawym mieszańcem. Byłam wniebowzięta, gdy podszedł do mnie, całej zapłakanej i podał mi maleńką, puchatą śnieżnobiałą kuleczkę - biło wtedy od niej takie ciepełko. Piesek ostrożnie podniósł lewe uszko, nastawiając je jak radar i otworzył zaspane maleńkie czarne oczka wpatrując się we mnie. –Wyszkolimy go, żeby nie dał nikomu zrobić Ci krzywdy- powiedział wtedy. Myślałam, że żartował ale jak się okazało naprawdę próbował trenować biedną psinkę. Oczywiście szczeniaczek patrzył na niego z politowaniem i jedyne co udało mu się osiągnąć w tym temacie to komicznie wyglądające gesty w stylu układania się na plecach w pozycji bojowej i warczenia albo skakanie z dziwnie wydawanymi dźwiękami typu „aja” – na ogół przypominał Atomówki w locie. Dlatego właśnie postanowiłam nazwać go imieniem legendy kina. Najzabawniejsze jest to, że Bruce jest bardzo inteligentnym psem, po prostu czasem odstawia takie rzeczy, że człowiek zastanawia się gdzie się podział jego mózg. Niektóre osoby do dziś zachodzą w głowę jak to jest możliwe, że nadal żyje, ale przecież nie mogłam się przyznać, że razem z Loganem „zarekwirowaliśmy” kilka rzeczy z królestwa mojej „najukochańszej” ciotuni. Środki faerie były magią same w sobie i z drobną pomocą czarownika sprawiłam, że mój piesek nie ulegał wpływowi czasu.  
Delikatnie pogładziłam Bruce’a po starannie wyszczotkowanym włosiu i po chwili poczułam jak podskakuje, złapałam go gdy na mnie skoczył i położyłam na swoich kolanach na miękkim ręczniku. Od razu wyczuł, że to ja i się uspokoił. Zaczął lizać mnie po dłoni, na której miałam runę wzroku. Poprzez spożycie magicznej mikstury faerie oczywiście też rozróżniał rasy i widział podziemny świat.
 – Czas na spacer Bruce - powiedziałam do niego, zachwycony zeskoczył na dywan, podbiegł do swojego posłania, chwycił w ząbki swoją smycz i wrócił do mnie energicznie merdając ogonkiem. Wstałam i podeszłam do szafy, otworzyłam ją i wyciągnęłam komplet czarnej bielizny, ulubione jeansy rurki i czarny podkoszulek na grubych ramiączkach, szybko się ubrałam i włożyłam czarne kozaczki. Przed wyjściem stanęłam przed lustrem od toaletki, poprawiłam włosy i ułożyłam wiszący na mojej szyi wisiorek w kształcie kryształowego liścia, zdobiony zawijasami z metalu przypominającego srebrno-błękitną lianę, który przeplatał się też z całym łańcuszkiem, oplatając moją szyję jak pnącza. Cały naszyjnik był dziełem mojego ojca, nigdy go nie zdejmowałam. Wyskoczyłam na korytarz trzymając pieska w objęciach. Gdy tylko mijałam salon usłyszałam dobiegający stamtąd głos Morgana.
- Lumi! – zawołał, więc od razu skierowałam się w stronę salonu, gdzie zastałam go zwisającego na kanapie w różowym puchatym szlafroku i kapciach króliczkach. –Na Razjela! – pomyślałam natychmiast- gdyby nie to, że zdążyłam wytrzeźwieć pewnie pomyślałabym, że mój umysł jest zamroczony przez pijackie widy. Już miałam spytać go skąd wytrzasnął ten strój, kiedy zaczął dziwnie seplenić. – Nie dam rady dzisiaj ślęczeć w sklepie i przyjmować klientów. Czy mogłabyś zrobić mi tę uprzejmość i zająć się interesem? – zapytał szczerząc zęby, lub to co miało być zębami, w uśmiechu i przykładając woreczek z lodem do głowy.
- Gdzieś Ty się znowu włóczył? – zapytałam patrząc na niego z politowaniem. – A może raczej powinnam spytać gdzie podziałeś swoje zęby? – dodałam ironicznie. Złapał się przerażony za swoją szczękę wolną ręką.
- O rzesz w mordę! – zaklął – Założyłem się z Gilderoyem, że nie zna zaklęcia na samowolnie błąkającą się szczękę, nie sądziłem że użyje mojej .
- To gdzie teraz błąka się Twoja szczęka? – spytałam
- Pewnie gdzieś w okolicy jeziora Loch Ness – westchnął i rozczochrał ręką swoje ciemne włosy. – Później ją sprowadzę. W każdym razie jeżeli dobrze mi się wydaje, on ma gorsze zmartwienie- dodał.
- Czemu?
- Bo chyba wysłałem jego tyłek na Madagaskar – rzucił beztrosko, po czym w jego dłoni pojawiła się butelka z wodą, którą próbował pić leżąc. Zaczęłam się śmiać. Nie wiedziałam czy bardziej z tego, że wywinął taki numer czy z tego, że seplenił jak stary dziadek.
- Jaki Ty mi dajesz przykład? – spytałam po chwili, on też zaczął się śmiać. Po czym otworzył swoje ogromne czekoladowe oczy, które w odróżnieniu od ludzkich wokół źrenicy miały ślad przypominający spadającą  gwiazdę. Gdy ktoś nie przyjrzał się dokładnie wydawało się, że to po prostu światło odbija się w jego oczach.    
- To pomożesz staremu, zgrzybiałemu dziadowi czy nie?
- Dobra – powiedziałam i wyszłam z mieszkania.
***
                Spacer do pracy trochę mi zajął, zwłaszcza że Bruce Lee zatrzymywał się prawie wszędzie, więc po jakimś czasie wzięłam go na ręce i zaczęłam nieść. Dość często zabierałam go do sklepu, który prowadziłam razem z Morganem. Mijałam powoli uliczki, aż znalazłam się pod sklepem z bronią „Róg Tęczowego jednorożca”, prowadzonego przez dość ekscentrycznego przyziemnego - Symeona Suursigę. Był on dosyć postawnym mężczyzną, którego czas z pewnością nie oszczędzał sądząc po oszczędnym owłosieniu głowy. Siwizny biedaczysko z pewnością nabawił się przez ogromny stres, który fundowała mu matka. Zaskoczeniem dla mnie było jednak, jakim cudem jego imponujące bokobrody pozostają praktycznie w stanie nienaruszonym mimo hulaszczego trybu życia, który prowadzi. Mimochodem zerknęłam przez szybę i zobaczyłam Symeona celującego do kogoś ze swojego ukochanego karabinu Winchester. –Żadna nowość. – pomyślałam i udałam się za róg następnej uliczki, gdzie znajdował się „Skowyt Pijanej Bunshee”, księgarnia i sklep z magicznymi przedmiotami. Z kieszeni wyciągnęłam mały złoty klucz, otworzyłam drzwi i położyłam na ladzie Bruce’a, po czym przekręciłam tabliczkę z napisami „otwarte/zamknięte”.
Sklep był dość duży,  w rogu tuż przy oknie znajdowała się wysoka lada, za którą stał ogromny, przestronny regał ze składnikami do mikstur, eliksirów itp. Wchodzący przyziemni widzieli tam jedynie półkę z różnymi rodzajami herbaty. Przez większą część pomieszczenia biegły klasyczne drewniane regały, na których stało pełno książek, w rogu naprzeciwko lady znajdowały się półki i gablotki wypełnione najróżniejszymi magicznymi przedmiotami – amuletami, posążkami, świecami, kadzidełkami i wszystkim innym co można było sobie zażyczyć. I to dosłownie. Nieliczni wiedzieli, że potrafiłam ściągnąć do tego sklepu praktycznie wszystko, ale nie mogłam się niestety afiszować ze względu na Clave. W głębi sklepu znajdowało się małe pomieszczenie za błyszczącą kotarą. Stał tam okrągły stół, ze zdobionym orientalnie obrusem, na którym stała przykryta szczelnie czarnym aksamitem, kryształowa kula. Na ścianach wszędzie wisiały jakieś tajemnicze maski i amulety. Była też szafeczka zawierająca filiżanki, herbaty  świece i specjalistyczne karty tarota. Morgan w ramach dodatkowego zarobku postanowił robić także za przyziemnego wróżbitę. Dla efektu wkładał nawet złoty turban i ogromny płaszcz błyszczący zielono-złotym brokatem. Czasem jak wkurzali mnie klienci, albo się nudziłam a Morgi wrabiał mnie z siedzeniem w sklepie, sama udawałam wróżkę, co może nie do końca było kłamstwem.
Weszłam za kontuar i otworzyłam księgi rachunkowe. Morgi był dowodem na to, że choćbyś miał tysiaka na karku to i tak nie poprawią się twoje zdolności matematyczne. Zaczęłam sprawdzać zestawienia faktur z ostatniego miesiąca – musieliśmy mieć jakąś przykrywkę dla Urzędu Skarbowego. Nie chodzi o to, że nie udałoby nam się wywinąć od płacenia, ale o to, że tak zwany podziemny świat również posiadał swoje instytucje podatkowe. Nazbierała się cała sterta papierów. Po chwili do sklepu wszedł stały klient, przyziemny który strasznie mnie irytował. Był to nawiedzony osiemnastolatek z wytrzeszczonymi niebieskimi oczami, wystającymi zębami i mysią czupryną. Był niski i chudy jak patyk, a ubrania wisiały na nim jak worki, ale uważał się co najmniej za Brada Pitta. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i położył przepocone łapsko na ladzie.
- Cześć ślicznotko – zagaił -  i cześć psie– dodał w stronę Bruce’a Lee. Piesek  podniósł łepek i prychnął, po czym odwrócił się, wypinając zadek w jego stronę. – Poproszę 1 gram herbaty walentynkowej.- Zaczyna się- pomyślałam, odwróciłam się, chwyciłam słój z herbatą, otworzyłam go i nabrałam troszkę pęsetą, po czym przesypałam do torebeczki, którą wyciągnęłam z szuflady i położyłam na elektronicznej wadze, stojącej na ladzie. Obwiązałam woreczek i nabiłam na kasę odpowiednią kwotę.
- Czy podać coś jeszcze? – zapytałam uprzejmie.
- Piękna dziś pogoda – wyjrzałam za okno, gdzie czarne chmury zwiastowały zbliżający się deszcz. – Nawet tego nie skomentuję - zrolowałam oczy- Może miałabyś ochotę wyjść dzisiaj do kina?
- Mam dużo pracy- odparłam cierpko ,Ja pierdzielę, ile razy można komuś odmówić, żeby dotarła do niego subtelna aluzja?-pomyślałam
- To może chociaż na kawę? – Cholera, nadal się nie poddawał. Co z nim jest nie tak?- zaczęłam energiczniej przerzucać księgi rachunkowe bliska wybuchu.
- Nie jestem w nastroju Mortimer – wycedziłam przez zęby – Panuj nad sobą, myśl o Dalajlamie…
- Mam coś dla Ciebie – zaczął najwidoczniej bardzo podniecony, po czym wyciągnął dziwnie wyglądający przedmiot, chyba kwiat zrobiony jak przypuszczałam ze śmieci, spojrzałam na niego sceptycznie. Prawie zakrztusiłam się odorem, który wyraźnie czułam.
- Rany, dzięki. Zawsze o takim marzyłam – odparłam, przykładając zwiniętą dłoń do ust i tłumiąc kaszel. Wzięłam twór i wrzuciłam go do pudła ukrytego za ladą pod oknem z napisem „niebezpieczne przedmioty/odpady biologiczne ”. Kompletnie nie zwrócił na to uwagi.
- Moglibyśmy skoczyć do mnie do domu pokazałbym Ci całą kolekcję – wyglądało na to, że nic go dzisiaj nie zniechęci. Postanowiłam zrobić coś, co robiłam bardzo rzadko. Intensywnie spojrzałam w oczy Mortimera i utrzymywałam kontakt wzrokowy – Masz ochotę wyjść – nakazałam mu w myślach – Jesteś dzisiaj bardzo zajęty, masz ogromną ochotę sprzątnąć mieszkanie – dodałam, jego oczy zrobiły się mętne, po chwili rzucił- Mam dzisiaj dużo sprzątania, do zobaczenia –  odwrócił się i wyszedł ze sklepu. Odetchnęłam z ulgą. Chwyciłam rękawice spod lady i wyciągnęłam pudło spod okna. Wyciągając ręce na jak największą odległość i wykrzywiając  szyję w bok, jak najbardziej tylko mogłam, wyszłam przed sklep i wrzuciłam całą zawartość do śmietnika, starannie zamykając kubeł. Wróciłam do środka i zajęłam się papierkową robotą.
***
Nie licząc wizyty Mortimera, dzień minął mi całkiem spokojnie. Miałam kilku klientów, którzy wpadli po książki. Powoli zaczynało robić się ciemno, zeszłam do piwnicy po trochę rzeczy, które zamierzałam dołożyć w gablotkach. Właśnie wyciągałam kadzidła, pochylona nad kartonem, gdy poczułam coś dziwnego, poczułam silną aurę w pobliżu. Zostawiłam rzeczy na miejscu i weszłam na górę do sklepu, przy drzwiach zastałam trzęsącego się Bruce’a Lee, który natychmiast wbiegł do piwnicy. Ostrożnie podeszłam do drzwi wejściowych, powoli je otworzyłam i wyjrzałam na zewnątrz, obróciłam głowę w obie strony, moją twarz omiótł lekki wiatr, wyostrzyłam wzrok i dostrzegłam ciemny kształt leżący za kontenerami na śmieci w wąskiej uliczce obok. Nie wyczuwając nikogo ani niczego w pobliżu, udałam się w tamtą stronę. Po drodze schyliłam się i wyciągnęłam z buta sztylet. Po chwili byłam pod kontenerem, ale intuicja czy też podświadomość  podpowiedziała mi, że cokolwiek za nim znajdę, nie będzie żywe. Zerknęłam pod nogi , stałam w ciemnej kałuży krwi, wypływającej spod śmietnika. Przeskoczyłam nad nim i znalazłam się tuż przed zwłokami młodego chłopaka, na oko szesnastoletniego. Nie musiałam patrzeć na runy, pokrywające jego ręce, by wiedzieć kim był. Nie kojarzyłam go jednak z Instytutu Nowojorskiego. Jego twarz była wykrzywiona w potwornym strachu, oczy w kolorze oceanu ziały pustką, a z nosa i szyi, na której widać było dwa maleńkie nakłucia, sączyła się krew. Piękne blond włosy zlepione były od potu i brudu, podobnie jak cały jego strój. Rozejrzałam się wkoło w  poszukiwaniu broni, nie znalazłam żadnej, co oznaczało że ciało zostało przeniesione. Nie wierzyłam, że nie próbował się bronić. W tym momencie żałowałam, że nie posiadam zdolności do odczytywania przeszłości za pomocą dotyku, może dowiedziałabym się co mu się przytrafiło. W każdym razie wiedziałam jedno, mimo że ktoś próbował upozorować winę wampira, z pewnością nie on tego dokonał. To by było zbyt proste i zbyt oczywiste.  Przeklinając w duchu, że kopnął mnie zaszczyt zajęcia się tym burdelem, wysłałam wiadomość do Clave.

Saphire_blue

poniedziałek, 17 września 2012

Ash Lennox- Rozdział pierwszy

Mój samolot właśnie ląduje na płycie lotniska. Jestem pogrążona w żałobie po Rose, jednak z całych sił chcę zapomnieć o bólu. Nie mogę dopuścić, aby zawładnął on moim ciałem i sercem, uniemożliwił mi działanie. „Jestem Nocną Łowczynią, emocje nie mogą zaburzać mojego logicznego myślenia” powtarzam jak mantrę. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. Zbieram się w sobie i ocieram gwałtownie łzy spływające po policzkach. „Weź się w garść!” krzyczę w myślach. Kiedy burza w moim wnętrzu ustaje koła samolotu dotykają ziemi. 
„Vale atque salve”1.

Inaczej wyobrażałam sobie NY. W mojej głowie istniał jako słoneczne , pełne gwaru i pozytywnych emocji miasto. Widok przed moimi oczami znacznie od tego odbiega. „Jak w domu” myślę z grymasem niezadowolenia na twarzy. Z nieba leje się deszcz i zawzięcie moczy wszystkich, którzy nie zdążyli się przed nim schować. Dopada ich i nie oszczędza. Starzy czy młodzi, biedni czy bogaci, zdrowi czy chorzy, każdy z nich jest jego celem i nie ucieknie przed nim. Deszcz jest jak śmierć.
Stoję na jednej z głównych ulic NY i nie wiem co dalej. Moim celem jest znalezienie mordercy Podziemnych, ale nie wiem jak mam to zrobić. Czuje się samotna i zagubiona. Jest to dla mnie zupełnie nowe uczucie, bo zawsze kiedy miałam problem dzwoniłam do Rosemarie i wspólnie go rozwiązywałyśmy. Ale teraz już jej nie ma... Odeszła na zawsze i już nigdy nie wróci...

Nagle z zamyślenia wyrywa mnie pisk opon. Otrząsam się z nostalgii i dostrzegam przed sobą kanarkowe Ferrari. Zza opuszczonej szyby przygląda mi się mężczyzna. „Jest nawet przystojny” stwierdzam. Ma azjatycką urodę, lekko złotą skórę i czarne włosy ułożone w „łóżkową fryzurę”. Na męskiej szczęce widać 3-dniowy zarost, a w jego lewym uchu połyskuje srebrny kolczyk z diamentem. Spod gęstych rzęs przyglądają mi się zawadiacko oczy o granatowych tęczówkach. Mężczyzna ubrany jest w jedwabną, fioletową koszulę, złotą kamizelkę, skórzane spodnie i zapewne bardzo drogie,eleganckie buty. Wydaje się być dość wysoki i dobrze zbudowany, ale szczupły i zgrabny.
Przybieram obojętną minę i odzywam się do tajemniczego „X”
- W czym mogę pomóc?
- Jaka zimna- mówi „X” i uśmiecha się pod nosem mamrocząc- Może być zabawnie.
- Zajmujesz mój cenny czas, więc jeżeli nie masz nic ciekawego do powiedzenia spływaj. Radzę posłuchać jeżeli nadal chcesz zachować swój prosty nosek- odpowiadam lekko wkurzona. Co ten kolo sobie myśli?! Nie ze mną te numery.
- Hej, spokojnie księżniczko. Może wsiądziesz i zaoszczędzisz zalewania mi mojego drogocennego Williama?
- Williama – pytam podnosząc brew- Nazwałeś swój samochód?- co za świr...- Niby dlaczego miała bym do ciebie wsiąść?
- Widzę, że nie wiesz co dalej zrobić, a ja chętnie ci pomogę. Lubię pomagać ludziom.. No dobra nie lubię, ale wydajesz się być inna niż wszyscy i dlatego odezwałem się właśnie do ciebie. Możesz to potraktować jako zaszczyt- puszcza do mnie oczko i nachyla aby otworzyć mi drzwi od strony pasażera – Dalej Księżniczko, pospiesz się, nie mam całego dnia. Albo wsiadasz i jedziesz z cudownym towarzyszem, albo ciśniesz się w metrze z facetami śliniącymi się na twój widok i czyimś łokciem wbitym w wątrobę.

Coś nakazuje mi wsiąść i już chwilę później grzeję się w cieplutkiej bryce, w której pachnie wanilią, na lusterku wiszą dwie pluszowe, oczojebnie różowe kostki.
- Fajny wóz. William, tak?
- Wiem- uśmiecha się nie spuszczając oczu z drogi- I owszem, ma na imię William na pamiątkę mojego przyjaciela.
- Fajnie. A tak przy okazji, czy ty dwukrotnie nazwałeś mnie księżniczką?
- A co, wolisz ropuszko albo prosiaczku? - śmieje się spoglądając na mnie.
- Nie wolę nic! Mam na imię Ash i jeżeli jeszcze raz nazwiesz mnie inaczej może się źle to dla ciebie skończyć. - grożę wytykając go palcem.
- Tak jest! - salutuje mi- Księżniczko!- dodaje żartując sobie ze mnie.

Robię obrażoną minę, ale za chwilę na mojej twarzy pojawia się uśmiech. O mamuśku! Ja się śmieję! Znam faceta od 3 minut, a już zdołał mnie rozbawić. Do tej pory udało się to tylko jednej osobie i to dopiero po 4 miesiącach chodzenia za mną i opowiadania mi głupich żartów. Tyle, że wtedy uśmiechnęłam się nie dlatego, że mnie one rozbawiły, tylko dlatego, żeby wreszcie się ode mnie odczepiła. Nie zrobiła jednak tego i wkrótce stałyśmy się nierozłączne. Znów dopada mnie smutne wspomnienie, jednak nieznajomemu po raz kolejny udaje się mnie odciągnąć od ponurych wspomnień.
- A więc Ash, jeżeli cię to choć troszeczkę interesuje zabieram cię do mojej ulubionej restauracji, ”Kota Nyan” na pyszny tęczowy deser z mega porcją bitej śmietany i kubek gorącego kakao. I nie wyjdziemy stamtąd dopóki nie zjesz wszystkiego, nawet jeżeli musiałbym to w ciebie wpychać.
W co ja się wpakowałam? Ten kolo jest szalony! Decyduję się jednak nie uciekać z wrzaskiem i pozwalam zawieźć się do knajpy. Kiedy już docieramy na miejsce i wchodzimy do środka moja szczęka ląduje na podłodze, a oczy wychodzą z orbit. Na cały wewnętrzny wystrój składają się tysiące podobizn kota Nyan, ściany i poszycia kanap zdobi tęcza, a na barze siedzi kot z pofarbowaną sierścią. Nie zgadniecie jak?! W tęczę! Ja chyba trafiłam do jakiegoś wariatkowa, albo „X”podał mi jakieś diabelstwo bo to nie może być jawa.
- Tam tara tam! Witaj w najbardziej zajebistej restauracji w całym NY!- wykrzykuje mi do ucha mój znajomy i prowadzi mnie do odosobnionego stolika w roku. Na blacie stoi tabliczka z inicjałami „K.G.”
- Co to? - pytam spoglądając zaciekawiona na owy przedmiot.
- Wiesz, sądziłem, że jesteś trochę bardziej rozgarnięta... To tabliczka z inicjałami – odpowiada.
- Ugh! Dobrze widzę, że to inicjały! Nie jestem jakąś pustą lalą, która rozmawia ze swoim odbiciem i uważa je za swoją bestfriend forever. - warczę rozdrażniona.
- Już ok, nie to miałem na myśli. I nie wkurzaj się tak bo ci żyłka wyszła, o tu. - mówi i pyka mnie w czoło z zawadiackim uśmiechem.
Czy kiedykolwiek uśmiech znika z jego twarzy? Cały czas ma przyklejonego banana do twarzy i ryje się jak głupi. On chyba poważnie ma coś z głową...
- Jeżeli właśnie rozmyślasz nad tym czy jestem świrem, muszę cię zaskoczyć. Jest ze mną wszystko w jak najlepszym porządeczku – puszcza do mnie oczko, a w tym momencie podchodzi do nas kelnerka. „Jeżeli wszystkie kelnerki w tym miejscu wyglądają jak tlenione lale to chyba trafię do zakładu dla psychicznych za masowy mord szybciej niż mi się wydaje.” Mój tajemniczy towarzysz zamawia podwójną gorącą czekoladę, galaretkową rozkosz i jeszcze coś czego nazwy nie umiem nawet wymówić.
- Czy ty w ogóle zajrzałeś do karty? Czy jesteś tu tak często, że znasz menu na pamięć, a wszyscy pracownicy mają cię dość?
- Owszem, znam ją na pamięć co tylko potwierdza moją niesamowitą zdolność szybkiego zapamiętywania. Wystarczy, że raz na coś spojrzę i już to zostaje w mojej głowie na bardzo długi czas. I mogę cie również zapewnić, że jestem ulubieńcem wszystkich osób i nie ma takiej, która by mnie nie lubiła.
- Masz na myśli to, że każdy kto ma do ciebie jakieś „ale” znika w tajemniczych okolicznościach nim zdąży się z kimś tym podzielić? - pytam zadziornie, a „X” tylko na mnie spogląda.
- O cholercia! Wpakowałam się w jakieś układy z psycholem.. - mamroczę pod nosem, po czym oczyszczam gardło i dodaję już normalnym głosem – Um. Więc jak masz na imię?
- No wreszcie zapytałaś. Już myślałem, że się zestarzeję zanim to zrobisz - wyrzuca ręce w powietrze w wyrazie bezsilności po czym dodaje – Nazywam się Kevin Gao – puszcza do mnie oczko w stylu Jacksona Rathbona2.

W tym momencie wybucham niekontrolowanym śmiechem. Nie wiem jak to możliwe, ale ten facet zdobył moje serce w przeciągu 10 minut. Rose udało się to dopiero po kilku miesiącach! Nie znaczy to, że była gorsza, albo znalazłam sobie za nią zastępstwo. Kocham ją całym sercem i zawsze będę, a pojawienie się Keva nie zmieni moich uczuć względem niej. Już teraz jest on dla mnie formą terapii, którą nie do końca rozumiem, jednak pomaga mi. Dzięki niemu zapominam o bólu w sercu i widzę światełko w tunelu. Jednak nigdy nie zapomnę o mojej Rosie i pomszczę jej śmierć...

1Łac. „Żegnaj i witaj” - chodzi o pożegnanie starego życia i przywitanie nowego.

Catrinne Valentine- Rozdział drugi


Stary mahoniowy zegar, stojący na ciężko wyglądającej szafce nocnej z ciemnego drewna, właśnie wybił drugą nad ranem. Cały Instytut wypełnił się głośnym dzwonieniem, a przez grube ściany słychać było tylko ciche rozmowy. 
Większość drzwi była zamknięta na klucz. Niektóre z nich kryły różne tajemnice i sekrety, lecz za większością z nich były tylko stare zakurzone pokoje, w których od dawna nikt nie mieszkał. Każdy był inny, każdy miał swoją historię, ale światło dzienne poznały tylko niektóre z nich. Inne pozostały skryte w cieniu nocy, czekając na swój czas.
            Bezchmurne niebo, na którym nie wisiała dziś żadna z gwiazd, było prawie idealnie czarne. Nie licząc cieniutkiego księżyca wiszącego dokładnie na środku.
- Wygląda jak rogalik. - odezwała się rozmarzonym głosem Lidia.
- Wcale, że nie. – odpowiedziałam zaskoczona tym z jaką łatwością potrafi przetrawić i zmienić temat, nawet tak poważny jak morderstwo Nocnej Łowczymi.
Gazeta wciąż leżała otworzona na pierwszej stronie, a zimne oczy zamordowanej dziewczyny patrzyły się na mnie ze zdjęcia. Rozszarpana szyja i blond włosy sklejone krwią błyszczały się w świetle fleszy. Wyglądała na nie więcej niż piętnaście lat, choćbym nie wiem jak bardzo to sobie wmawiała nie mogłam siebie przekonać, że to coś normalnego, że tak musi być. Znaleziona pod pandemonium, takie rzeczy dzieją się tam na porządku dziennym coraz częściej, ale jednak nadal nie mogę uwierzyć, że tym razem zginęła jedna z nas, to wszystko stało się nagle takie zamglone, nie rzeczywiste. Przecież to mogła być Lidia. Była tam w dzień przed śmiercią tej dziewczyny. Nie mogłam dłużej patrzyć na to zdjęcie, zamknęłam gazetę i spojrzałam na Lidię.
- Ależ oczywiście, że tak.- Kontynuowała swój wywód, co do kształtu księżyca. – Przyjrzyj mu się dokładnie, co w nim niby nie przypomina kształtu rogalika?
Wytężyłam wzroki przyjrzałam się dokładniej cieniutkiej sylwetce księżyca. Szczerze mówiąc nie miał nic wspólnego rogalikami, które zazwyczaj jadłyśmy na śniadanie. Wyglądał jak wrak rogalika, jakby ktoś spuścił z niego całe powietrze i porzuciła na nocnym niebie.
- I co? Nie mówiłam, że jak rogalik?.
- Ta, chyba raczej jak skórka od arbuza.- palnęłam widząc minę Lidii.
            Równe dwa tygodnie temu Lidia stwierdziła, że zacznie się odchudzać, (choć nikt z nas w ogóle nie wie, po co jej ta cała dieta). Obiecała sobie, że przez miesiąc nie ruszy żadnych słodyczy, (co tyczyło się również jej ukochanych rogalików z kolorowym lukrem i marmoladom).
- Oj tam, ja widzę rogalika. - uniosłam oczy do nieba, chyba już na zawsze jej tak zostanie.
- Ty ostatnio wszędzie widzisz rogaliki. - zaśmiałyśmy się jednocześnie, gdy to powiedziałam.
- Wcale nie. -próbowała się bronić, chwila zastanowienia…- no dobra może faktycznie.
            Mimo późnej pory nie czułyśmy zmęczenia, mogłyśmy tak leżeć na środku mojego pokoju i rozmawiać o wszystkim i o niczym jeszcze przez długie godziny.
- Mogła bym tu zostać na zawsze. - szepnęła Lidia.
- Ale? - Odparłam po chwili słysząc wahanie w jej głosie.
- Ale mamy już plany na wieczór. - odparła z uśmiechem widząc moją minę. -Nie patrz tak na mnie, chyba nie myślałaś, że dam ci zmarnować taką piękną noc, - przyglądnęła mi się z uwagom – prawda?
- Szczerze mówiąc to miałam nadzieję, że masz jakiś zwariowany plan. Więc gdzie idziemy? – Spytałam niepewna czy zdradzę, że głos mi drży, a przed oczami pojawiła mi się twarz dziewczyny z gazety. 
            A co jeżeli możemy być następne? Nieme pytanie sprawiło, że zalała mnie nagle ostra fala strachu i niechęci, ale i jednocześnie ekscytacji.
            Wstałyśmy z podłogi.
- Idę się przebrać, masz jeszcze tą fajną spódniczkę, którą kupiłyśmy w zeszłym miesiącu? - Spojrzałam na nią ze zgrozą
- Oczywiście, że tak, czemu miałabym się jej pozbyć?
- Dobra, dobra nie pękaj. - podeszła do mojej szafy i zaczęła wyrzucać na ziemię wszystkie krótkie i błyszczące rzeczy.
- Czyli idziemy na imprezę. - Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.
- Nie na byle jaką imprezę.- odparła oburzona, po czym dodała z uśmiechem. - Idziemy na najlepszą imprezę, na jakiej kiedykolwiek w życiu byłaś.

***

          Pół godziny później gotowe do wyjścia stałyśmy w uchylonych drzwiach mojego pokoju i nasłuchiwałyśmy czegoś, co zdradzałoby powrót Elizabeth.
- Chyba jeszcze nie wróciła. - na bladej buzi Lidii tańczył złośliwy uśmieszek. - A to lepiej dla nas. – Szepnęła mi do ucha i pociągnęła na korytarz. 
          Próbowałyśmy iść jak najciszej, minęłyśmy korytarz, potem trzy pokoje i wreszcie dotarłyśmy do schodów. Wydawały się ciągnąć w nieskończoność i schodzić w nieprzeniknioną ciemność. Jako dzieci lubiłyśmy zjeżdżać po szerokiej poręczy, ale myśląc o tym teraz, wydaje się to dość kiepskim pomysłem.
- Ok. Teraz powoli i jak najciszej. - szepnęłam do Lidii, która brała rozbieg i już miała skoczyć ze schodów, wyciągnęłam rękę i zatrzymałam ją tuż przed krawędzią.
- Zwariowałaś? Przeskoczyłabym przez nie. - Oburzenie wykrzywiło jej delikatne rysy.
- Wiem, ale narobiłabyś mnóstwo hałasu.
- Ok. Więc co proponujesz? - Czarna spódniczka zakołysała się lekko, gdy przestąpiła z nogi na nogę.
- Hmmmm pomyślmy co można zrobić ze schodami. - udawałam zastanowienie. - Możemy po prostu zejść???
- Och. - stęknęła z udawaną rozpaczą. - Ależ ty jesteś zasadnicza, pani Valentine.
- Ktoś musi. - dodałam i zaczęłam schodzić.
Wysokie obcasy naszych butów stukały cichutko na kamiennej posadzce. Byłyśmy już w połowie, gdy tuż przede mną wyrosła nagle czarna postać. Usłyszałam jak za mną Lidia gwałtownie nabiera powietrza, jednym płynnym ruchem wyrwałam sztylet ukryty w fałdzie sukienki i rzuciłam się na postać.
          Z łoskotem upadliśmy na ziemię i przetoczyliśmy się kawałek. Nagle do moich uszu dobiegł wredny, lecz stłumiony chichot i w jednej chwili czarna postać znalazła się nade mną. Chciałam się ruszyć, ale byłam przygwożdżona do podłogi. 
          Pod nagimi ramionami czułam zimno marmury, próbowałam poruszyć ręką, okazało się, że ona też jest uwięziona. Ale to nie może być koniec, zaczerpnęłam powietrza i poczułam ostry zapach, znajomy zapach, coś jak krew, metal i nocny deszcz. Postać syknęła, przetoczyła się na plecy i padła obok mnie, a ja zobaczyłam uśmiechniętą Lidię z ołowianym świecznikiem ręku. Dziewczyna pochyliła się nade mną i pomogła mi wstać. Już miała znów uderzyć napastnika, gdy ten się zaśmiał.
- Walnij go mocniej to może straci przytomność. - syknęłam rozpoznając w napastniku Ethana.
- Z nim jest coś poważnie nie tak wiesz o tym prawda Cat?
Skrzyżowałyśmy spojrzenia po czym wpatrzyłyśmy się w chłopaka podnoszącego się z ziemi.
- Ej. - jęknął, gdy się wreszcie wyprostował – słyszałem to.
- Bo miałeś słyszeć. - odszczekała się Lidia. - Ok. Cat ja wychodzę złapać taksówkę, załatw swoje sprawy i spotkamy się za chwilę przed instytutem. - Tylko to powiedziała i zaczęła się oddalać, nie zaszczycając ich nawet przelotnym spojrzeniem. Tak, to jest właśnie moja Lidia, pomyślała Catrine…
- No, więc? - Jej rozmyślania znów zakłócił kpiący ton Ethana.
            Spojrzała na niego z pod przymkniętych powiek jak jej się wydawało „morderczym spojrzeniem”
- No, więc co? - zapytała, wściekła i spojrzała na siebie w lustrze wiszącym za jego plecami. - Przesuń się. - Bardziej warknęła niż powiedziała i z satysfakcją zobaczyła na jego twarzy zmieszanie.
            Obserwując swoje odbicie w lustrze stwierdziła, że zawsze może być gorzej, długie włosy związane wysoko w koński ogon tylko trochę się poplątały, makijaż był nadal idealny. Czarna konturówka podkreślała jej jasne oczy, dzięki czemu stawały się jeszcze błękitniejesz niż zwykle, na policzkach widniały lekkie rumieńce, ale nie takie powstałe od zakłopotania, raczej takie stworzone na umyślnie, aby nadać buzi trochę kolorów. 
            Spojrzała w dół i niemal z krzykiem radości stwierdziła, że sukienka się nie podarła, no może tylko troszkę, ale to wyglądało całkiem fajnie. Trzy rzędy czarnych delikatnych falbanek i kremowy gorset (również z falbanki). Z roztargnieniem ukryła sztylet pod jedną z warstw i próbowała przecisnąć się do drzwi. Na jej drodze znów pojawiła się Ethan.
- Odpowiedz na pytanie. - powiedział głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Na jakie pytanie? - zdziwiła się i spojrzała mu w oczy.
            Uśmiechnął się posępnie i znów podjął próbę nawiązania kontaktu.
- Zapytałem gdzie wychodzimy?
- To naprawdę dziwne. - zastanowiła się przez chwilę. - Po pierwsze nie jestem pewna czy użyłabym liczby mnogiej, a po drugie przesuń się, bo naprawdę się śpieszę.
            Zmierzył ją uważnym spojrzeniem i znów się uśmiechnął.
- Jestem pewny, że gdziekolwiek idziemy zrobimy furorę. A teraz chodźmy, chyba nie chcemy się spóźnić.
            Patrzyła na niego przez chwilę jakby mierzyła swoje siły, wreszcie odetchnęła i dała za wygraną.
- Dlaczego chcesz iść z nami? - Jego twarz przeszył cień grymasu, który zniknął jednak tak szybko jak i się pojawił. Chłopak spoważniał i powiedział oficjalnym tonem.
- Czytałaś ostatnio gazetę? - Gdy padło to pytanie wszystko stało się jasne. - Cat, to dzieje się coraz częściej, a razem jesteśmy silniejsi.
- Och. - mruknęła zrezygnowana, po czym ledwo dostrzegalnie skinęła głową.
            Chłopak rozpromienił się na ten lekki gest i wreszcie odsunął od drzwi. - A, zatem prowadź. - powiedział, znów się uśmiechając i puścił ją przodem.

Mikusia... xd